Font size
Worksheets"Syzyfowe prace" Stefan Żeromski
Total questions: 10
Worksheet time: 30mins
1. Kto z kim rozmawia?
-Kaszy, wie pani, to nie mogę, bo ani mój młynarz tego jak się patrzy nie zrobi – a zresztą, wie pani... Wolę za to kazać zemleć na pytel pszenicy. Będziesz pani miała
czy na kluski, na łazanki, czy choćby też ciastko jakie upiec, żeby się przecie chłopczyna
rozerwał. Grochu... ileż byś pani chciała?...
Słowa te wnikały aż do głębi umysłu chłopca i sprawiały mu ból istotny.
2. Dlaczego Marcin miał trudności z nauką matematyki?
Trafiały się dnie, że lekcje arytmetyki były dla niego od a do z niezrozumiałymi. Wtedy
owiewał go strach idący z półświadomego przeświadczenia, że kłamie, że nie uczy się
chętnie, że umyślnie martwi rodziców, że nie kocha ich wcale...
3. Jak Marcin zareagował na widok tej góry?
Raz jeden pani Wiechowska wyprowadziła Borowicza i Józię na spacer. Poszli za wieś drogą utorowaną w głębokim śniegu aż na górę okrytą starym lasem. (...) Dzień był śliczny, mroźny; w czystym powietrzu widać było bardzo daleką okolicę. Stanąwszy przy owych
samotnych świerkach zdyszany Marcinek rzucił okiem w stronę południową i zobaczył górę, u której stóp stały Gawronki, gdzie się urodził i wychował.
4. Jaki był powód tego popłochu?
W przeddzień fatalnego dnia mieszkanie, kuchnia nauczycielska i izba szkolna były obrazem zupełnego popłochu. Wszyscy biegali z oczyma szeroko rozwartymi i spełniali najzwyklejsze czynności w niewymownym naprężeniu nerwów. W nocy prawie nikt nie spał,
a od świtu znowu wybuchł w całym domu paroksyzm biegania, szeptania z zaschniętym gardłem i wytrzeszczonymi oczyma.
5.Gdzie odbywa się kłótnia? Na jakie ważne wydarzenie czekają kłócący się?
– Sam ojciec nie ma wyobrażenia o udareniach, a będzie tu mnie uczył! – wrzeszczał piskliwie i z zajadłością nadzwyczajną głos dziecięcy.
– Ja ci się nie pytam, c e m b a l e, o to, czy ja umiem udarenia, czy nie, tylko ci każę czytać...
– odpowiadał głos gruby.
– No to ja ojcu mówię, że ojciec nie umie! Golić brody ojciec umie, strzyc kłaki to samo, ale co do czytania, to tam już nie ojca głowa.
– Widzieliście wy, moi ludzie... – biadał głos gruby.
– Jeszcze toto do sztuby nie weszło, a już taki rezon. A cóż to będzie potem? Ojcem swym, rodzicem gardzisz?
6.O jaką przysługę prosiła pani Borowiczowa?
– (...) Ja mogę się dowiedzieć, ale odpowiem chyba aż jutro, bo mój brat mieszka bardzo daleko, na drugim końcu miasta, za przedmieściem Podpórką, a ja nie mam tam żaden interes...
– Ja bym panu zwróciła koszta na dorożkę – rzekła pani Borowiczowa, wydobywając z woreczka papierek rublowy i podając go kupcowi – gdybyś pan zechciał zaraz pojechać i dowiedzieć się szczegółowo.
– Owszem, ja to mogę zrobić dla pani – rzekł starozakonny, od niechcenia chowając papierek do portmonetki.
7. Co się stało z Gniadą?
Gniada klacz była ulubienicą całego folwarku. Pochodziła z rodziny tak dalece 1 arystokratycznej, że rozpowiadano istne o niej legendy. Jedno z takich wierzeń głosiło, że gniada w prostej linii pochodzi z dziada araba i matki spolszczonej angielki – inne, że jest wnuczką jakiejś Hatfy, importowanej wprost z Arabii – i tam dalej.
8. Kiedy doszło do tej sceny? Jak nazywała się grupa młodzieży, która brała udział w tej scenie?
Minęła jedna godzina, wybiły wszystkie kwadranse drugiej, zaczęła się wreszcie trzecia... Nagle wśród tej absolutnej ciszy z ostatnich ław rozległ się dobitny i zniecierpliwiony głos:
– Ależ bij treflem!
Trudno opisać rejwach wywołany przez te słowa. Władza rzuciła się do ścigania bezwstydnych graczów, poddała całą połać badaniu i rewizji. Żadne jednak środki nie wykryły winowajcy, który nawoływał do bicia treflem – ani jego partnerów.
9. Co się wydarzyło?
Usłyszawszy te wyrazy Sztetter zerwał się na równe nogi i zaczął machać rękami, ale
Zygier nie umilkł. Jakby odepchnięty jego wzrokiem, nauczyciel siadł na swym krześle,
podparł głowę rękoma i nie spuszczał oka z szybek we drzwiach. W klasie stała się cisza.
10. Kto i gdzie pojechał?
– O, już będzie z pięć niedziel, jak pojechały.
– I ta panienka, córka, to samo?
– A ino, pojechała i ona. Zapłakała se, chudziątko, jak przyszło włazić na furę. Jeszcze mi złotówkę wetknęła, żem, widać, sterczała jako się patrzy przy bramie.
Marcin odszedł stamtąd. Nie widział ani jednego przechodnia, instynktem prawie trafiał z ulicy w ulicę, z ulicy w ulicę, z ulicy w ulicę. Nie wiedząc o tym, znalazł się u bramy parku; wszedł tam, skierował na swoją uliczkę i trafił do źródła. Pusto było w tym ustroniu. Kamienne ławki stały tak samo, tylko liście bzu poczerniały, śpiew ptasi ustał. Borowicz siadł na swym miejscu i zmartwiałymi oczyma przyglądał się ławce sąsiedniej.
