Search Header Logo
Dwudziestolecie

Dwudziestolecie

Assessment

Presentation

Other

12th Grade

Practice Problem

Hard

Created by

Marzena P.

Used 4+ times

FREE Resource

20 Slides • 0 Questions

1

media

Dwudziestolecie międzywojenne

2

Ramy czasowe: 1918-1939

Czas radości z wyzwolenia, tworzenia się grup artystycznych i literackich, bogactwa idei

3

​Trochę sztuki

media
media
media
media
media

4

media
media
media
media

futuryzm

3M

awangarda

groteska

kreacjonizm

5

Teksty

Witold Gombrowicz, Ferdydurke (fragmenty);

wybrane wiersze następujących poetów: Bolesław Leśmian, Julian Tuwim, Jan Lechoń, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Kazimiera Iłłakowiczówna, Julian Przyboś, Józef Czechowicz, Krzysztof Kamil Baczyński, Tadeusz Gajcy;
.
Franz Kafka, Proces (fragmenty);

Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata;

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Szewcy;

Bruno Schulz, wybrane opowiadania z tomu Sklepy cynamonowe;

6

Awangarda Krakowska

Twórcy: Tadeusz Peiper, Julian Przyboś, Tytus Czyżewski

- nowoczesność
- program 3xM
- "Zwrotnica"

7

Skamander

Twórcy: Julian Tuwim, Jarosław Iwaszkiewicz, Jan Lechoń, Kazimierz Wierzyński, Antoni Słonimski
+ Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Kazimiera Iłłakiewiczówna

- brak wspólnego programu
- "Skamander"
- niechęć do wzniosłej poetyki młodopolskiej
- codzienne sprawy

8

Futuryzm

Twórcy: Bruno Jasieński, Aleksander Wat

- bunt wobec społeczeństwa
- nowoczesność
- uwolnienie sztuki (choćby od ortografii)
- nowy model sztuki

9

Druga Awangarda

Twórcy: Józef Czechowicz, Czesław Miłosz (Żagary)

- katastrofizm
- kryzys ideowy
- poczucie zagrożenia wojną

10

media
media
media
media

Ulica Peipera
Notre-Dame Przybosia

Miasto

Przy okrągłym stole Tuwima

Codzienność

Do krytyków Tuwima

Witalizm

Ferdydurke Gombrowicza

Forma

11

Ferdydurke

  • groteska

  • co znaczy "wyjść z formy"?

  • gęba, upupianie...

12

Sklepy cynamonowe

  • oniryzm

  • mityczne dzieciństwo

  • mała ojczyzna: Drohobycz

  • motywy: dzieciństwo, sen, labirynt, wędrówka, miasto, zagubienie

media

13

Szewcy

  • oniryzm

14

Proces

  • Józef K. - metamorfoza

  • przypowieść

  • oniryzm (senny koszmar)

  • motyw labiryntu

  • absurd

  • bezbronność jednostki wobec władzy

  • za co został skazany? dlaczego przestaje walczyć?

media

15

Początek
Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany. Kucharka pani Grubach, jego gospodyni, przynosząca mu śniadanie codziennie około ósmej godziny rano, tym razem nie przyszła. To się dotychczas nigdy nie zdarzyło. K. czekał jeszcze chwilę, widział ze swego łóżka starą kobietę z przeciwka, która obserwowała go z niezwykłą ciekawością, potem jednak głodny i zdziwiony zadzwonił. Natychmiast ktoś zapukał i wszedł mężczyzna, którego jeszcze nigdy w tym mieszkaniu nie widział. Był wysmukły, a jednak silnie zbudowany, miał na sobie czarne, obcisłe ubranie, podobne do stroju podróżnego, zaopatrzone w różne kieszenie, fałdy, guziki i sprzączki oraz pasek, tak że wyglądało nadzwyczaj praktycznie, mimo iż nie było jasne, do czego by mogło służyć. (...)
- Nie wolno panu odejść, pan jest przecież aresztowany.

- Tak to wygląda - rzekł K. - Ale za co? - spytał potem.

- Tego panu nie możemy powiedzieć. Proszę pójść do swego pokoju i czekać. Wdrożono już dochodzenie i w swoim czasie dowie się pan o wszystkim. Wychodzę już poza instrukcje, rozmawiając z panem tak uprzejmie. Ale spodziewam się, że tego nie słyszy nikt oprócz Franciszka, a ten jest wbrew wszelkim przepisom aż nadto grzeczny wobec pana. Jeśli pan dalej będzie miał tyle szczęścia, ile obecnie przy wyznaczaniu strażników, to może pan być całkiem spokojny.

16

Pierwsze przesłuchanie
K.. został telefonicznie powiadomiony, że najbliższej niedzieli ma odbyć się małe przesłuchanie w jego sprawie. Zwrócono mu uwagę, że odtąd podobne przesłuchania będą się odbywały regularnie i jakkolwiek może nie każdego tygodnia, to jednak dość często. Leży to z jednej strony w ogólnym interesie, by doprowadzić proces szybko do końca, z drugiej zaś strony badania powinny być pod każdym względem gruntowne, a jednak wobec nerwowego wysiłku, jakiego wymagają, nic powinny trwać zbyt długo. Dlatego znaleziono wyjście w postaci szybko po sobie następujących, ale krótkich przesłuchań.

Wybrano niedzielę jako dzień badań, aby K. nie doznał przeszkody w pracy zawodowej. Z góry zakłada się jego zgodę, a jeśli życzy sobie innego terminu, władze gotowe są pójść mu wedle możności na rękę. Te przesłuchania są na przykład możliwe i w nocy, ale o tej porze K. nie będzie prawdopodobnie dość rześki. W każdym razie, o ile K. nie ma nic przeciwko temu, staje na niedzieli. Oczywiście musi przyjść na pewno, chyba nie trzeba mu na to specjalnie zwracać uwagi. Podano mu numer domu, w którym miał się stawić - był to dom przy jakiejś odległej ulicy przedmieścia, na której K. nigdy jeszcze nie był.

17

Pierwsze przesłuchanie
- Czy tu mieszka stolarz Lanz? - spytał.

- Proszę - odpowiedziała młoda kobieta z błyszczącymi, czarnymi oczami, która prała właśnie w balii dziecięcą bieliznę i mokrą ręką wskazywała otwarte drzwi sąsiedniego pokoju.

K. miał wrażenie, że wszedł na jakieś zebranie. Stłoczona gromada najrozmaitszych ludzi - nikt nie troszczył się o wchodzącego - wypełniała średniej wielkości pokój o dwu oknach, otoczony tuż pod sufitem galerią, która również była szczelnie obsadzona i gdzie ludzie mogli stać tylko pochyleni, a głowami i plecami uderzali o sufit. K. któremu w tym powietrzu było za duszno, cofnął się do przedpokoju i powiedział do młodej kobiety, która go widocznie źle zrozumiała:

- Pytałem się o stolarza, niejakiego Lanza.

- Tak - odrzekła kobieta - proszę tytko wejść.
K. nie byłby może poszedł za nią, gdyby sama nie zbliżyła się do niego, nic chwyciła za klamkę u drzwi i nie powiedziała:

- Po panu muszę zamknąć, nikt już nie może wejść.

- Bardzo słusznie - zauważył K. - jest już i tak za pełno. - Potem jednak wszedł do środka.

Gdy przechodził pomiędzy dwoma ludźmi, którzy rozmawiali tuż przy drzwiach - jeden, daleko wyciągnąwszy przed siebie ręce, wykonywał gest liczenia pieniędzy, drugi ostro patrzył mu w oczy - jakaś ręka chwyciła go. Był to mały rumiany chłopak.

- Chodź pan, chodź pan - rzekł. K. dał mu się prowadzić, okazało się, że w tej bezładnie tłoczącej się ciżbie było jednak wolne wąskie przejście, które dzieliło, być może, dwie strony. Przemawiało za tym i to, że K. w pierwszych rzędach na prawo i na lewo nie widział ani jednej zwróconej do siebie twarzy, tylko plecy ludzi, którzy mową i gestami zwracali się wyłącznie do swojej grupy. Po największej części byli ubrani czarno, w stare, długie i obwisłe odświętne surduty. Jedynie ten strój zbijał z tropu K., bo zresztą wyglądało to wszystko na polityczne zebranie dzielnicy. Na drugim końcu sali, dokąd został zaprowadzony, na bardzo niskim, również przepełnionym podium stał ustawiony na poprzek mały stół, a za nim blisko krawędzi podium siedział mały, gruby, sapiący mężczyzna, który rozmawiał wśród wybuchów śmiechu z kimś stojącym za sobą - oparł on łokcie na poręczy krzesła i skrzyżował nogi.

18

Pierwsze przesłuchanie
- Pan powinien był przyjść przed godziną i pięciu minutami. - chciał coś odpowiedzieć, lecz nie znalazł na to czasu, ledwie to bowiem tamten powiedział, gdy w prawej połowie sali podniosło się ogólne szemranie.

- Pan powinien był przyjść przed godziną i pięciu minutami - powtórzył ów człowiek podniesionym głosem i prędko powiódł okiem po sali. Natychmiast też szemranie wzrosło, uciszając się dopiero stopniowo, zwłaszcza że ów człowiek nic więcej nie powiedział. Było teraz na sali o wiele ciszej niż w chwili, gdy wchodził K. Tylko ludzie na galerii nie przestawali robić uwag. Wydawali się, o ile można było coś rozróżnić tam na górze w półmroku, kurzu i zaduchu, gorzej ubrani od tych z parteru. Niektórzy przynieśli ze sobą jaśki, które włożyli między głowę a sufit, aby uniknąć bolesnego ucisku. (...)
- A więc - rzekł sędzia śledczy, przekartkował zeszyt i zwrócił się do K. tonem stwierdzenia - pan jest malarzem pokojowym?
- Nie - rzekł K. - tylko pierwszym prokurentem wielkiego banku.

Tej odpowiedzi towarzyszył tak serdeczny śmiech z prawej strony, że K. sam musiał się roześmiać. Ludzie podparli się rękami na kolanach i trzęśli się jak w ciężkim napadzie kaszlu. Śmiali się nawet poszczególni widzowie na galerii. Rozgniewany do żywego sędzia śledczy, który był widocznie bezsilny wobec ludzi z parteru, szukał odwetu na galerii, zerwał się, groził w jej kierunku i jego brwi, dotąd mało widoczne, nastroszyły się krzaczasto. (...)

- Pańskie pytanie, panie sędzio śledczy, czy jestem malarzem pokojowym - zresztą pan mnie nawet o to nie pytał, tylko wprost mi to narzucił - jest charakterystyczne dla całego sposobu postępowania, które zostało przeciwko mnie wdrożone. Pan może na to powiedzieć że to w ogóle nie jest dochodzenie, pan ma rację, bo to będzie postępowaniem sądowym tylko wtedy, jeśli uznam je jako takie. Ale ja je uznaję, przynajmniej w tej chwili, do pewnego stopnia z litości. Trudno się do niego odnosić inaczej niż z pobłażaniem, jeśli w ogóle chce się je brać pod uwagę. Nie mówię, że to jest łajdackie postępowanie, ale chciałbym poddać to określenie własnej pańskiej ocenie.

19

Pierwsze przesłuchanie
- Więc to tak! - zawołał K. i wyrzucił ramiona w górę, jak gdyby nagłe poznanie prawdy wymagało przestrzeni. - Przecież wy wszyscy jesteście, jak widzę, urzędnikami, jesteście tą przekupną bandą, przeciwko której wystąpiłem, stłoczyliście się tutaj jako gapie i szpicle, utworzyliście pozorne partie, z których jedna oklaskiwała mnie, aby mnie wybadać, chcieliście nauczyć się sztuki zwodzenia niewinnych! Nie straciliście tu zaprawdę czasu bezużytecznie: albo ubawiliście się tym, że ktoś oczekiwał od was obrony niewinności, albo - ale puść mnie, lub biję! - krzyknął do trzęsącego się starca, który napierał na niego szczególnie blisko - albo rzeczywiście nauczyliście się czegoś. A teraz życzę wam szczęścia w waszym rzemiośle.

Włożył prędko kapelusz, który leżał na brzegu stołu, i pchał się do wyjścia wśród ogólnej ciszy, ciszy bezgranicznego zdumienia. Sędzia śledczy okazał się jednak jeszcze szybszy niż K., gdyż oczekiwał go przy drzwiach.

- Przepraszam - rzekł. K. zatrzymał się, ale nie patrzył na sędziego, tylko na drzwi, których klamkę już chwycił. - Chciałem tylko zwrócić panu uwagę - rzekł sędzia śledczy - na okoliczność, z której pan jeszcze nie zdołał sobie zdać sprawy, mianowicie, że pozbawił się pan dzisiaj korzyści, jaką stanowi zawsze przesłuchanie dla aresztowanego.

K. roześmiał się już w drzwiach.

- Wy, łajdacy, daruję wam wszystkie wasze przesłuchania! -zawołał, otworzył drzwi i zbiegł pośpiesznie ze schodów.

20

Wyrok
Przechodzili przez kilka wznoszących się pod górę uliczek, na których tu i ówdzie stali lub przechadzali się policjanci, raz oddaleni, raz bardzo

blisko. Jeden z krzaczastym wąsem, z ręką na rękojeści szabli, przystąpił jakby naumyślnie blisko do tej nieco podejrzanej grupy. Panowie przystanęli, policjant już chciał usta otworzyć, gdy K. z silą pociągnął panów naprzód. Często odwracał się ostrożnie, czy policjant nie idzie

za nimi; ale gdy oddzielił ich od niego zakręt, zaczął K. biec, panowie musieli zadyszani biec z nim razem. Tak dostali się szybko za miasto, które w tej stronie prawie bez przejścia łączyło się z polami. Mały kamieniołom, pusty i samotny, leżał w pobliżu całkiem jeszcze z miejska wyglądającego domu. Tu się panowie zatrzymali, czy to dlatego, że to miejsce było od samego początku ich celem, czy to, że byli zbyt wyczerpani, by biec jeszcze dalej. Teraz puścili K., który w milczeniu czekał, zdjęli cylindry i rozglądając się po kamieniołomie ocierali sobie chusteczkami pot z czoła. Wszędzie leżało światło księżyca zadziwiając swą naturalnością i spokojem, nie danym żadnemu innemu światłu. Po wymianie kilku

grzeczności w związku z tym, kto wykona dalsze zadania - widocznie nie podzielono między nich zleconych czynności - podszedł jeden z nich do K. i zdjął mu surdut, kamizelkę, wreszcie koszulę. (...)
Gdzie był sędzia, którego nigdy nie widział? Gdzie był wysoki sąd, do którego nigdy nie doszedł? Podniósł ręce i rozwarł wszystkie palce. Ale na gardle jego spoczęły ręce jednego z panów, gdy drugi tymczasem wepchnął mu nóż w serce i dwa razy w nim obrócił. Gasnącymi oczyma widział jeszcze K., jak panowie, blisko przed jego twarzą, policzek przy policzku, śledzili ostateczne rozstrzygnięcie. "Jak pies!" - powiedział do siebie: było tak, jak gdyby wstyd miał go przeżyć.

media

Dwudziestolecie międzywojenne

Show answer

Auto Play

Slide 1 / 20

SLIDE